piątek, 6 stycznia 2012

flanelowa koszula

Stary rok skończył się marnie, a nowy nie zaczął lepiej. Wchodzę w niego bez żadnych postanowień. Jak zwykle. Nie wiem, czy to, że nigdy nie dałam się zwieść symbolizmowi "początku", zaczynania "od nowa", było dojrzałością czy przedwczesnym cynizmem.
Ostatnio dużo smutku, zwątpienia, rezygnacji... Nieporozumień.

****
Kilka dni temu odbierałam książki w Merlinie. Obsługiwała mnie pani we flanelowej koszuli. Ubranie miękko układało się na jej ciele. Z szyi zwisał jakiś wisiorek, ciemne włosy luźno okalały twarz i ramiona. Niespiesznie poszła na zaplecze i przyniosła moje książki. Niespiesznie - w tym, co piszę, nie ma cienia pejoratywnego zabarwienia. Uderzyło mnie to, kiedy tak stałam przy ladzie - ta zmiana. W pracy staram się wszystko wykonać dwa razy szybciej niż inni, zrobić więcej, być już dziś tam, gdzie mam się znaleźć jutro. A ta pani, po prostu poszła powoli na zaplecze, przyniosła moje książki, przyjeła płatność - wszystko to ze świadomością, że jeśli wykona te czynności o 10 sekund szybciej, to niczego to nie zmieni.
Pozazdrościłam jej tego.

poniedziałek, 5 grudnia 2011

upierdliwy koniec jesieni

Żeby tak się wreszcie ogarnąć. Zrobić długo odkładane porządki, wypastować buty, umówić się do lekarza. Mieć jakiś plan. I go realizować. Właśnie - realizować. Wstać rano i zacząć dobrze dzień. Nie spóźnić się do pracy. Napisać pierwsze zdanie. Skoncentrować się na jednej wykonywanej czynności...
Lista życzeń nie ma końca. Wyjątkowo źle znoszę tę jesień. Nie mam energii. Nie mogę się za nic zabrać, a jak już zacznę, porzucam czynności w połowie. Wszystko wokół mnie jest rogrzebane i zniechęcające. Chciałabym, żeby już spadł pierwszy śnieg, żeby ukrył brud i szarość, rozświetlił wieczny półmrok. Ale na myśl o tym, że będzie to oznaczało odkopywanie samochodu spod zasp śniegu, odechciewa mi się... No i jak tu ze sobą wytrzymać?

środa, 9 listopada 2011

wszystko idzie nie tak...

Zaczęło się od tego, że dwa tygodnie temu, w poniedziałek, przed siódmą rano, jeszcze nieprzytomna, sprawdzając w telefonie co mnie tego dnia czeka, odczytałam maila zatytułowanego imieniem i nazwiskiem pewnej osoby. Najpierw przeczytałam pierwszą informację: "Z wielkim smutkiem przekazuję Wam wszystkim wiadomość..." - myślałam jeszcze, że chodzi o odejście z firmy (jakkolwiek byłoby to mało prawdopodobne, wziąwszy pod uwagę różne okoliczności), ale rzut oka na maila poniżej rozwiał nadzieję. Ten dobrze znany idiom "passed away" tak bardzo nie pasował do tej osoby. Wszyscy myśleliśmy, że będzie piął się dalej po szczebelkach w naszej organizacji, bo zostało mu raptem kilka kroków, że jeszcze 2-3 lata i dojdzie tam, gdzie chciał być. Tymczasem informacja z maila w kilku słowach unieważniała wszystkie inne scenariusze. Wydawała się absurdalna. Ale na pewno była prawdziwa, choć nie potrafiłam sobie tego wyobrazić.
Potem w pracy przyszło jeszcze kilka innych informacji - złych w mniejszym lub większym stopniu, ale jednakowo komplikujących życie.
Potem zawiodła mnie bliska osoba. W sposób bardzo głupi, prawdopodobnie nie poświęcając temu zbyt wiele uwagi. I może dlatego zabolało jeszcze bardziej. Złość przerodziła się w rozczarowanie i smutek, które rosły i pęczniały we mnie przez tydzień. Kiedy wreszcie pękłam i wypłakałam z siebie wszystkie złe emocje, przyszło przeziębienie. Pojawiło się pół godziny po otarciu łez. Przygnębienie zawsze osłabia moją odporność; zadzwiające jest to, jak kondycja psychiczna przekłada się na fizyczną.
Poddałam się. Poszłam na L4, chociaż prawie nigdy tego nie robię. Czułam, że nie mam siły jechać kolejny dzień do pracy. Że jeśli to zrobię, to nie będę miała czego z siebie zbierać. Czułam fizyczną potrzebę pozostania w domu, pod kołdrą, z dala od ludzi. Moja szefowa przysłała mi maila, że może powinnam trochę zatroszczyć się o siebie, a wszscy wokół suszą głowę, że czas zacząć o siebie dbać.
Dwa poranki później odkryłam, że znowu się nie udało coś, o co bardzo się staramy. Pojawiły się informacje o kolejnych, uprzykrzających życie trudnościach w pracy. Falowanie trwa, ale bilans minusów w stosunku do plusów ciągnie mnie pod wodę. Zbieram siły, żeby się wynurzyć.

czwartek, 13 października 2011

Wielki błękit

Wokół mnie, pode mną i nade mną. Chyba się od tego uzależniłam. Wróciliśmy prawie tydzień temu, a ja wciąż mam objawy odstawienia. Mogłam być zmęczona i mogło mi się nie chcieć iść na żadne nurkowanie, ale kiedy zaczynałam montować sprzęt, zakładałam go i wchodziłam do wody, całe zmęczenie i zniechęcenie przechodziło.
Najdziwniejsze w tym wszystkim jest to, że nigdy nie podejrzewałam, że nurkowanie będzie moją bajką. Trochę się tego bałam i wydawało mi się, że jestem za słaba. A najbardziej spodobało mi się to, że trzeba być bardzo opanowanym i spokojnym, że trzeba trzeźwo oceniać sytuację, przewidywać.
Wiedziałam, że pod powierzchnią wody jest jakieś życie, ale nigdy nie myślałam, że jest go aż tyle... Bogactwo kształtów i kolorów rafy jest oszałamiające. Tylu zwierząt w takiej bliskości nie widziałam na raz chyba nigdy. Delfiny, rekiny, żółwie, mureny, skrzydlice, makrele, tuńczyki, crocodile fish, stone fish i inne ryby, których nazw nie znam i nigdy nie słyszałam. Np. małe biało-czarne, które wyglądają tak, jakby białe ciastko zanurzyć do połowy w ciemnej czekoladzie. Ryby w paski. Ryby w kolorze lodów zyg-zag. Ryby w fosforyzującą, różowo-seledynową szachownicę... Malutkie niebieskie chowające się w koralowcach. Rybki "Nemo".
Każde zejście pod wodę było tak uspokajające i dawało takiego endorfinowego kopa... Nic dziwnego, że teraz mi tego brak.

czwartek, 1 września 2011

autumn's coming...

jesień kojarzy mi się z ciastem śliwkowym. To które robię od kilku lat jest pyszne i ultraproste. Nie ma w sobie nic z wyrafinowania i wykwintności niektórych deserów. Jest tym, o czym mówi jego nazwa. Nic dodać, nic ująć.
Ktoś ma ochotę na kawałek?

CIASTO ZE ŚLIWKAMI
100 gr masła
3/4 szklanki cukru + kilka łyżek
1 szklanka mąki
1 łyżeczka proszku do pieczenia
1 łyżeczka cynamonu
2 jajka
szczypta soli
przepołowione i wypestkowane śliwki - ich ilość zależy od wielkości

- masło utrzeć z cukrem
- dodać mąkę z proszkiem, sól i jajka; utrzeć
- masę przełożyć do małej tortownicy (ok. 23 cm średnicy), wysmarowanej masłem i wysypanej bułką tartą
- śliwki ułożyć na wierzchu; posypać cukrem i cynamonem
- piec do suchego patyczka (około 50 min. do godziny) w temp. 180 stopni

poniedziałek, 29 sierpnia 2011

Migawki z podróży: NY - CHI 2011


  









Chicago!
 







Widok z okna o 5.30. Jet lag.
 



niedziela, 28 sierpnia 2011

I'm back

Wróciłam, Do domu - do Męża. I do kota, który zawsze w łóżku wciśnie się między nas, choćby miała leżeć rozciągnięta jak śledź. Dobrze być z powrotem w domu. To wspaniałe uczucie.
Samolot wylądował wczoraj około piątej po południu. Z NY wyrwałam się prawie w ostatniej chwili - gdy wylądowaliśmy w Londynie wszystkie loty na JFK, Newark, do Bostonu i Filadelfii były odwołane. W sobotę w południe miała przestać kursować kolejka NJ Transit i nowojorskie metro. W piątek w jednym z barów zauważyłam wypisane kredą specjalne menu: "Hurricane's special". Przed chwilą przeczytałam, że huragan dotarł właśnie do miasta.
Z Chicago wyruszyłam o 6:00 w piątek. Obudziłam się o godzinę wcześniej. Potem cały dzień spędziłam w Nowym Jorku, dusznym, upalnym i zatłoczonym. O 23:10 wyleciałam do Londynu. O 13:50 do Warszawy. Licząc od początku mojej podróży i uwzględniając różnice czasowe, na nogach byłam około 35 godzin. Nie było to powalające zmęczenie fizyczne. Raczej coś jak uczucie, że jestem swoją odbitką ksero. Nie najwyższej jakości, wyblakłą i rozmazaną.
Warszawa przywitała mnie upałem, jakiego nie było przez całe lato. Wieczorem, po upragnionym długim prysznicu, poszliśmy na kolację. Dopiero gdy wracaliśmy, około dziewiątej, powietrze przestało być takie gorące i duszne.
Dobrze być w domu. Spadam na śniadanie :)