niedziela, 10 stycznia 2010

Dziś nasze łóżko rano było przystanią. Na zewnątrz kolejny dzień sypał śnieg. Niebo miało kolor bury, brudny. Gdzieniegdzie wciskały się w nie łyse gałęzie drzew. Jak zakończenia nerwów, synapsy.
A nasze łóżko było przystanią. Ciepłe. Bezpieczne. Leżeliśmy bardzo blisko, P. obejmował mnie ręką, czytaliśmy książki.
Wstaliśmy o 12.00.
P., gdy dowiedział się, że „Sztuka bez tytułu” trwa 4 godziny, stwierdził, że chyba oszalałam i na pewno go zniechęcę do teatru. – Czy nie możemy iść na coś, co będzie trwało półtorej godziny?!
Dla ludzi takich jak P. powinny powstać specjalne wyszukiwarki rozrywki – mógłby ustalić szereg różnych parametrów: typ (kino/teatr/koncert), tematykę (dramat/komedia, itp.), miejsce (najlepiej żeby od razu pojawiała się mapa z czasem przejazdu i możliwymi połączeniami), godzinę rozpoczęcia i oczywiście czas trwania… Jeszcze lepiej byłoby, gdyby taka wyszukiwarka połączona była z centralnym systemem rezerwacji i żeby można było samodzielnie wybrać miejsca na widowni. I zapłacić kartą. Powiadomienie przychodziłoby smsem na komórkę. Zamiast biletu P. pokazywałby smsa.
Drodzy Programiści, wymyślcie proszę takie narzędzie dla P., żeby wreszcie przestał marudzić przed wyjściem do teatru…

sobota, 9 stycznia 2010

samotne wieczory

Przygotowanie do sezonu narciarskiego. Kupujemy dla mnie gogle i kask. I kalesony. Potem robimy jeszcze zakupy do domu – poświąteczne zapasy są na wyczerpaniu. Gdy wychodzimy ze sklepu jest już prawie wieczór, a tak naprawdę nasz dzień dopiero się zaczął. Ostatnio w wolne dni odsypiam do bólu (dosłownie – do bólu głowy). I nie mogę odmówić sobie przyjemności powrotu do łóżka ze świeżo zaparzoną kawą. Układam poduszki po plecami, biorę książkę albo gazetę i tak zastaje mnie południe…
Nasze zakupy to między innymi kilogram łososia i 7 butelek wina. Dzwonię więc do kilku przyjaciół z propozycją, aby dołączyli do nas na obiad, ale jedni pojechali do domku na wieś, drudzy nie odbierają telefonu, trzeci właśnie jedzą… Gdy byłam nastolatką, taki scenariusz byłby dla mnie koszmarem – mam wolny wieczór, ale nikt nie chce go ze mną spędzić. Czułabym pustkę, czułabym, że coś przelatuje mi koło nosa. Teraz lubię być sama, ale mimo to gdzieś z tyłu głowy tkwi myśl, żeby jednak z kimś się spotkać, nie zamykać się w swoich czterech ścianach. Bo ten czas, który spędzam sama ze sobą (albo z P.) jakoś przecieka mi przez palce.
Po obiedzie położyłam się do łóżka z lampką wina i książką. Idealny wieczór. Kilka telefonów. „Byłaś na wyprzedażach?” pyta Karolina. Nie, nie byłam. Nie potrafię ostatnio robić zakupów. Denerwują mnie. Po dwóch godzinach jestem już tak zmęczona i zła, że marzę o powrocie do domu. Albo o dłuższym przystanku w kawiarni z dobrą kawą.

Jutro za to idziemy do Współczesnego zapolować na wejściówki - "Sztuka bez tytułu". Mniam...






A to fotograficzna relacja z tego co za oknem i w drugim pokoju...



niedziela, 3 stycznia 2010

Noworoczne postanowienia

Postrzegam swoje życie przez pryzmat rzeczy, których nie udało mi się zrobić.
Kilka dni temu zadałam P. pytanie, co udało się nam osiągnąć w 2009 roku. P. zaczął wyliczać:
1. Dokończyliśmy remont mieszkania i przeprowadziliśmy się.
2. Dostałaś awans w pracy.
3. Zaręczyliśmy się
4. Kupiliśmy nowy samochód
Wymienił chyba jeszcze kilka rzeczy, a mnie uderzyło, że przecież nie postrzegam tego roku jako specjalnie udanego. Tymczasem patrząc na to z boku, nie mam powodów do narzekania, ba – mogłabym mieć powody do zadowolenia.
Zaczęłam się zastanawiać, dlaczego wciąż jestem niezadowolona z tego, co mam w życiu, dlaczego moim zdaniem poprzeczka jest zawsze za nisko. Być może wszystko bierze się z mojego strachu przed nudą. Kiedyś panicznie bałam się niezagospodarowanego czasu. Bałam się swojej bezradności w obliczu wolnych godzin. Zawczasu więc zaczęłam tworzyć rozbudowane listy rzeczy, które mogłabym zrobić – pozycji na liście musiało być więcej niż byłabym w stanie ogarnąć, tak abym miała możliwość wyboru.
W którymś momencie jednak okazało się, że lista stała się planem, a ja nie jestem w stanie mu sprostać. Nie wiem, kiedy tak się stało, prawdopodobnie, gdyby był to proces świadomy, mogłabym się mu jakoś przeciwstawić.
Chciałabym więc n Nowym Roku nie tworzyć rozwlekłych list – skupić się na tym, co udało mi się zrobić, nie na tym, czego jeszcze nie osiągnęłam.
Być może jednak problem tkwi gdzie indziej. Z jednej strony jestem zadowolona ze swojego wieku, bo mam wrażenie, że wraz z wiekiem przybywa mi doświadczenia – w żadnym momencie mojego życia nie chciałam się cofnąć w czasie, wrócić do jakiegoś okresu życia (chyba, że z obecnym stanem wiedzy), z drugiej strony… cały czas gdzieś z tyłu głowy tkwi przeświadczenie, że czas ucieka, a ja powinnam go lepiej wykorzystywać. Niezadowolenie z siebie może być bodźcem rozwoju…?

wtorek, 15 grudnia 2009

mmm






…a w nocy zajmuję się wyrobem pierniczków. Hurtowym.





Wczoraj P. wyjechał. Kicia najwyraźniej chciała, aby zabrał ją ze sobą…

poniedziałek, 14 grudnia 2009

za dużo

Chwile spokoju i skupienia przychodzą zazwyczaj, gdy wracam do domu samochodem, gdy jest już ciemno, a światła aut płyną ze mną, prowadzą mnie, omiatając dobrze znaną trasę.
Przyjmuję w siebie codziennie tryliony informacji, impulsów, bodźców. Wypowiadam słowa, które pamiętam potem tylko pamięcią podprogową. Chcę to i to, i to, i to. Chcę robić wszystko naraz. Chcę przeżyć jeszcze więcej.
Potem padam zmęczona. Rzeczy zaczęte, ponapoczynane, czekają w swojej kolejce na wykończenie, a ich wyrok podlega nieustannemu odroczeniu, a ich termin przydatności do spożycia wygasa. W ich miejsce pojawiają się nowe. Które trzeba nadgryźć, spróbować.
Mam wielu przyjaciół, a żadnego przyjaciela.

czwartek, 26 listopada 2009

koniec

Koniec zawsze jest zaskoczeniem. Czasem jednak można się na niego lepiej przygotować. Ale raczej rzadko.
Może być tak, że rano, przechodząc przez jezdnię na zielonym świetle, zostanie się przejechanym przez dźwig. Brzmi absurdalnie, prawda? W śmierci jest coś absurdalnego. Unieważnia i deprecjonuje całe to zamieszanie, jakie wokół siebie czynimy, nasze wysiłki.
Ta kobieta, która dziś rano leżała martwa za granatowym policyjnym parawanem, którą na przejściu dla pieszych rozjechał 20-tonowy dźwig. Pewnie miała jakieś plany. Terminy, których należy dotrzymać. Może rano pokłóciła się z mężem albo nie zdążyła zadzwonić do matki. Wszystko nagle przerwane w pół zdania. Wciąż na wdechu.
I już nie ma ciągu dalszego.
A przynajmniej nie tu.
Może to ta świeżo rozpoczęta czwarta dekada mnie tak nastroiła, a może wreszcie zrozumiałam, że szkoda czasu na złe nastroje, na złość. Nie wiem, ile jeszcze będę żyła. Czasu i tak jest bardzo mało.

niedziela, 22 listopada 2009

urodziny. 30.

tak. to dziś.
dobrze się czuję ze swoim wiekiem i nie uważam, ze zero z tyłu w dwucyfrowej metryce to przełom. na szczęście z wiekiem przybywa mi doświadczenia i - mam nadzieję - mądrości. a jednak, kiedy przyjaciółka powitała mnie okrzykiem "Witamy w czwartej dekadzie!" przez trzy sekundy nie wiedziałam co powiedzieć...

od P. dostałam piękny naszyjnik i bransoletkę. mój narzeczony czasami troszeczkę mnie rozpieszcza...