Zaczęło się od tego, że dwa tygodnie temu, w poniedziałek, przed siódmą rano, jeszcze nieprzytomna, sprawdzając w telefonie co mnie tego dnia czeka, odczytałam maila zatytułowanego imieniem i nazwiskiem pewnej osoby. Najpierw przeczytałam pierwszą informację: "Z wielkim smutkiem przekazuję Wam wszystkim wiadomość..." - myślałam jeszcze, że chodzi o odejście z firmy (jakkolwiek byłoby to mało prawdopodobne, wziąwszy pod uwagę różne okoliczności), ale rzut oka na maila poniżej rozwiał nadzieję. Ten dobrze znany idiom "passed away" tak bardzo nie pasował do tej osoby. Wszyscy myśleliśmy, że będzie piął się dalej po szczebelkach w naszej organizacji, bo zostało mu raptem kilka kroków, że jeszcze 2-3 lata i dojdzie tam, gdzie chciał być. Tymczasem informacja z maila w kilku słowach unieważniała wszystkie inne scenariusze. Wydawała się absurdalna. Ale na pewno była prawdziwa, choć nie potrafiłam sobie tego wyobrazić.
Potem w pracy przyszło jeszcze kilka innych informacji - złych w mniejszym lub większym stopniu, ale jednakowo komplikujących życie.
Potem zawiodła mnie bliska osoba. W sposób bardzo głupi, prawdopodobnie nie poświęcając temu zbyt wiele uwagi. I może dlatego zabolało jeszcze bardziej. Złość przerodziła się w rozczarowanie i smutek, które rosły i pęczniały we mnie przez tydzień. Kiedy wreszcie pękłam i wypłakałam z siebie wszystkie złe emocje, przyszło przeziębienie. Pojawiło się pół godziny po otarciu łez. Przygnębienie zawsze osłabia moją odporność; zadzwiające jest to, jak kondycja psychiczna przekłada się na fizyczną.
Poddałam się. Poszłam na L4, chociaż prawie nigdy tego nie robię. Czułam, że nie mam siły jechać kolejny dzień do pracy. Że jeśli to zrobię, to nie będę miała czego z siebie zbierać. Czułam fizyczną potrzebę pozostania w domu, pod kołdrą, z dala od ludzi. Moja szefowa przysłała mi maila, że może powinnam trochę zatroszczyć się o siebie, a wszscy wokół suszą głowę, że czas zacząć o siebie dbać.
Dwa poranki później odkryłam, że znowu się nie udało coś, o co bardzo się staramy. Pojawiły się informacje o kolejnych, uprzykrzających życie trudnościach w pracy. Falowanie trwa, ale bilans minusów w stosunku do plusów ciągnie mnie pod wodę. Zbieram siły, żeby się wynurzyć.
środa, 9 listopada 2011
czwartek, 13 października 2011
Wielki błękit
Wokół mnie, pode mną i nade mną. Chyba się od tego uzależniłam. Wróciliśmy prawie tydzień temu, a ja wciąż mam objawy odstawienia. Mogłam być zmęczona i mogło mi się nie chcieć iść na żadne nurkowanie, ale kiedy zaczynałam montować sprzęt, zakładałam go i wchodziłam do wody, całe zmęczenie i zniechęcenie przechodziło.
Najdziwniejsze w tym wszystkim jest to, że nigdy nie podejrzewałam, że nurkowanie będzie moją bajką. Trochę się tego bałam i wydawało mi się, że jestem za słaba. A najbardziej spodobało mi się to, że trzeba być bardzo opanowanym i spokojnym, że trzeba trzeźwo oceniać sytuację, przewidywać.
Wiedziałam, że pod powierzchnią wody jest jakieś życie, ale nigdy nie myślałam, że jest go aż tyle... Bogactwo kształtów i kolorów rafy jest oszałamiające. Tylu zwierząt w takiej bliskości nie widziałam na raz chyba nigdy. Delfiny, rekiny, żółwie, mureny, skrzydlice, makrele, tuńczyki, crocodile fish, stone fish i inne ryby, których nazw nie znam i nigdy nie słyszałam. Np. małe biało-czarne, które wyglądają tak, jakby białe ciastko zanurzyć do połowy w ciemnej czekoladzie. Ryby w paski. Ryby w kolorze lodów zyg-zag. Ryby w fosforyzującą, różowo-seledynową szachownicę... Malutkie niebieskie chowające się w koralowcach. Rybki "Nemo".
Każde zejście pod wodę było tak uspokajające i dawało takiego endorfinowego kopa... Nic dziwnego, że teraz mi tego brak.
Najdziwniejsze w tym wszystkim jest to, że nigdy nie podejrzewałam, że nurkowanie będzie moją bajką. Trochę się tego bałam i wydawało mi się, że jestem za słaba. A najbardziej spodobało mi się to, że trzeba być bardzo opanowanym i spokojnym, że trzeba trzeźwo oceniać sytuację, przewidywać.
Wiedziałam, że pod powierzchnią wody jest jakieś życie, ale nigdy nie myślałam, że jest go aż tyle... Bogactwo kształtów i kolorów rafy jest oszałamiające. Tylu zwierząt w takiej bliskości nie widziałam na raz chyba nigdy. Delfiny, rekiny, żółwie, mureny, skrzydlice, makrele, tuńczyki, crocodile fish, stone fish i inne ryby, których nazw nie znam i nigdy nie słyszałam. Np. małe biało-czarne, które wyglądają tak, jakby białe ciastko zanurzyć do połowy w ciemnej czekoladzie. Ryby w paski. Ryby w kolorze lodów zyg-zag. Ryby w fosforyzującą, różowo-seledynową szachownicę... Malutkie niebieskie chowające się w koralowcach. Rybki "Nemo".
Każde zejście pod wodę było tak uspokajające i dawało takiego endorfinowego kopa... Nic dziwnego, że teraz mi tego brak.
czwartek, 1 września 2011
autumn's coming...
jesień kojarzy mi się z ciastem śliwkowym. To które robię od kilku lat jest pyszne i ultraproste. Nie ma w sobie nic z wyrafinowania i wykwintności niektórych deserów. Jest tym, o czym mówi jego nazwa. Nic dodać, nic ująć.
Ktoś ma ochotę na kawałek?
CIASTO ZE ŚLIWKAMI
100 gr masła
3/4 szklanki cukru + kilka łyżek
1 szklanka mąki
1 łyżeczka proszku do pieczenia
1 łyżeczka cynamonu
2 jajka
szczypta soli
przepołowione i wypestkowane śliwki - ich ilość zależy od wielkości
- masło utrzeć z cukrem
- dodać mąkę z proszkiem, sól i jajka; utrzeć
- masę przełożyć do małej tortownicy (ok. 23 cm średnicy), wysmarowanej masłem i wysypanej bułką tartą
- śliwki ułożyć na wierzchu; posypać cukrem i cynamonem
- piec do suchego patyczka (około 50 min. do godziny) w temp. 180 stopni
Ktoś ma ochotę na kawałek?
CIASTO ZE ŚLIWKAMI
100 gr masła
3/4 szklanki cukru + kilka łyżek
1 szklanka mąki
1 łyżeczka proszku do pieczenia
1 łyżeczka cynamonu
2 jajka
szczypta soli
przepołowione i wypestkowane śliwki - ich ilość zależy od wielkości
- masło utrzeć z cukrem
- dodać mąkę z proszkiem, sól i jajka; utrzeć
- masę przełożyć do małej tortownicy (ok. 23 cm średnicy), wysmarowanej masłem i wysypanej bułką tartą
- śliwki ułożyć na wierzchu; posypać cukrem i cynamonem
- piec do suchego patyczka (około 50 min. do godziny) w temp. 180 stopni
poniedziałek, 29 sierpnia 2011
niedziela, 28 sierpnia 2011
I'm back
Wróciłam, Do domu - do Męża. I do kota, który zawsze w łóżku wciśnie się między nas, choćby miała leżeć rozciągnięta jak śledź. Dobrze być z powrotem w domu. To wspaniałe uczucie.
Samolot wylądował wczoraj około piątej po południu. Z NY wyrwałam się prawie w ostatniej chwili - gdy wylądowaliśmy w Londynie wszystkie loty na JFK, Newark, do Bostonu i Filadelfii były odwołane. W sobotę w południe miała przestać kursować kolejka NJ Transit i nowojorskie metro. W piątek w jednym z barów zauważyłam wypisane kredą specjalne menu: "Hurricane's special". Przed chwilą przeczytałam, że huragan dotarł właśnie do miasta.
Z Chicago wyruszyłam o 6:00 w piątek. Obudziłam się o godzinę wcześniej. Potem cały dzień spędziłam w Nowym Jorku, dusznym, upalnym i zatłoczonym. O 23:10 wyleciałam do Londynu. O 13:50 do Warszawy. Licząc od początku mojej podróży i uwzględniając różnice czasowe, na nogach byłam około 35 godzin. Nie było to powalające zmęczenie fizyczne. Raczej coś jak uczucie, że jestem swoją odbitką ksero. Nie najwyższej jakości, wyblakłą i rozmazaną.
Warszawa przywitała mnie upałem, jakiego nie było przez całe lato. Wieczorem, po upragnionym długim prysznicu, poszliśmy na kolację. Dopiero gdy wracaliśmy, około dziewiątej, powietrze przestało być takie gorące i duszne.
Dobrze być w domu. Spadam na śniadanie :)
Samolot wylądował wczoraj około piątej po południu. Z NY wyrwałam się prawie w ostatniej chwili - gdy wylądowaliśmy w Londynie wszystkie loty na JFK, Newark, do Bostonu i Filadelfii były odwołane. W sobotę w południe miała przestać kursować kolejka NJ Transit i nowojorskie metro. W piątek w jednym z barów zauważyłam wypisane kredą specjalne menu: "Hurricane's special". Przed chwilą przeczytałam, że huragan dotarł właśnie do miasta.
Z Chicago wyruszyłam o 6:00 w piątek. Obudziłam się o godzinę wcześniej. Potem cały dzień spędziłam w Nowym Jorku, dusznym, upalnym i zatłoczonym. O 23:10 wyleciałam do Londynu. O 13:50 do Warszawy. Licząc od początku mojej podróży i uwzględniając różnice czasowe, na nogach byłam około 35 godzin. Nie było to powalające zmęczenie fizyczne. Raczej coś jak uczucie, że jestem swoją odbitką ksero. Nie najwyższej jakości, wyblakłą i rozmazaną.
Warszawa przywitała mnie upałem, jakiego nie było przez całe lato. Wieczorem, po upragnionym długim prysznicu, poszliśmy na kolację. Dopiero gdy wracaliśmy, około dziewiątej, powietrze przestało być takie gorące i duszne.
Dobrze być w domu. Spadam na śniadanie :)
niedziela, 21 sierpnia 2011
jestem w Nowym Jorku...
...i czuję to w nogach. Łażę aż kompletnie brakuje mi sił. Łażę i się napawam. Chociaż dziś z tym napawaniem się było znacznie gorzej. Myślałam, że będzie mi mało każdej chwili, a tu się okazuje, że nie. Tęsknię za P. Ten cały Niu Jork jest bez sensu, kiedy nie ma go ze mną.
Wydaje mi się, że moja podróż trwa już z tydzień, a zaczęła się dopiero przedwczoraj. Musiałam wstać o 5 rano, po kilku godzinach snu. Po raz kolejny potwierdziło się, że niewyspana jestem do niczego. NaJpierw pomyliłam gate'y na Okęciu. Obok siebie stały 2 samoloty - obydwa na Heathrow, ale jeden LOT-u, drugi BA. Ustawiłam się w niewłaściwej kolejce i dopiero jakiś przytomny Hindus zwrócił mi uwagę, widząc moją kartę pokładową, że powinnam przejść obok. Udało mi się dostać do odpowiedniego samolotu i dolecieć. Na Heathrow miałam 4 godziny do następnego lotu. Zaczęłam od mocnej kawy. Usiadłam z książką i czekałam aż podadzą numer gate'u. Nie chciało mi się tłoczyć tuż przed wejściem do samolotu, więc odczekałam prawie do ostatniej chwili. Potem zerknęłam na tablicę odlotów i ruszyłam. Pierwsze, co zobaczyłam, to informacja Please allow 15-20 minutes to arrive at the gates. Przesadzają, pomyślałam. Po 10 minutach marszu pomyślałam jednak, że chyba nie. Tym bardziej, że cały ruch w stronę gate'ów został wstrzymany, aby przepuścić ludzi wysiadająchych z samolotu. Po 15 minutach dotarłam. Trochę zaniepokoiło mnie, że samolot ma wymalowane logo Virgin Atlantic, a nie United Airlines, ale grzecznie stanęłam w kolejce. Po chwili jednak odwróciłam się do sąsiada i zapytałam, czy to lot do United Airlines do Nowego Jorku. Tak, to lot do Nowego Jorku, ale Virgin Atlantic, odpowiedział. Podeszłam więc do jakiejś pani pilnującej wejścia i zapytałam o swój lot, po cichu mając nadzieję, że bording, jak na Okęciu, będzie tuż obok. Tymczasem miła pani odesłała mnie do stanowiska informacji, które mijałam jakieś 12 minut temu... Więc wracam. Jeszcze szybszym marszem. Po 10 minutach dopadam wskazane stanowisko. Pani widząc moją kartę pokładową wskazuje kolejną odnogę rozległego terminala, nad którą wisi napis Please allow 15-20 minutes to arrive at the gates...
Zdążyłam, ale nie był to koniec przygód tego dnia.
Wydaje mi się, że moja podróż trwa już z tydzień, a zaczęła się dopiero przedwczoraj. Musiałam wstać o 5 rano, po kilku godzinach snu. Po raz kolejny potwierdziło się, że niewyspana jestem do niczego. NaJpierw pomyliłam gate'y na Okęciu. Obok siebie stały 2 samoloty - obydwa na Heathrow, ale jeden LOT-u, drugi BA. Ustawiłam się w niewłaściwej kolejce i dopiero jakiś przytomny Hindus zwrócił mi uwagę, widząc moją kartę pokładową, że powinnam przejść obok. Udało mi się dostać do odpowiedniego samolotu i dolecieć. Na Heathrow miałam 4 godziny do następnego lotu. Zaczęłam od mocnej kawy. Usiadłam z książką i czekałam aż podadzą numer gate'u. Nie chciało mi się tłoczyć tuż przed wejściem do samolotu, więc odczekałam prawie do ostatniej chwili. Potem zerknęłam na tablicę odlotów i ruszyłam. Pierwsze, co zobaczyłam, to informacja Please allow 15-20 minutes to arrive at the gates. Przesadzają, pomyślałam. Po 10 minutach marszu pomyślałam jednak, że chyba nie. Tym bardziej, że cały ruch w stronę gate'ów został wstrzymany, aby przepuścić ludzi wysiadająchych z samolotu. Po 15 minutach dotarłam. Trochę zaniepokoiło mnie, że samolot ma wymalowane logo Virgin Atlantic, a nie United Airlines, ale grzecznie stanęłam w kolejce. Po chwili jednak odwróciłam się do sąsiada i zapytałam, czy to lot do United Airlines do Nowego Jorku. Tak, to lot do Nowego Jorku, ale Virgin Atlantic, odpowiedział. Podeszłam więc do jakiejś pani pilnującej wejścia i zapytałam o swój lot, po cichu mając nadzieję, że bording, jak na Okęciu, będzie tuż obok. Tymczasem miła pani odesłała mnie do stanowiska informacji, które mijałam jakieś 12 minut temu... Więc wracam. Jeszcze szybszym marszem. Po 10 minutach dopadam wskazane stanowisko. Pani widząc moją kartę pokładową wskazuje kolejną odnogę rozległego terminala, nad którą wisi napis Please allow 15-20 minutes to arrive at the gates...
Zdążyłam, ale nie był to koniec przygód tego dnia.
niedziela, 14 sierpnia 2011
Wczoraj w pociągu widziałam kilka kobiet z małymi dziećmi. Odniosłam wrażenie, że nieustannie wyjmują coś z bagażu i wkładają z powrotem – picie, jedzenie, chusteczki, bo się dziecko zapaprało, ubranka na zmianę, książeczkę, zabawkę i znowu picie, jedzenie, chusteczki… Ich torby są wyładowane niezbędnymi rzeczami. Ledwo się dopinają, mieszczą w sobie mały wszechświat potrzebny do oporządzenia i uszczęśliwienia pociech. A gdy tylko dziecko się uśmiechnie, matki całe się rozpromieniają.
Koleżanka, matka niespełna rocznego chłopca, powiedziała mi ostatnio, że cieszy się z powrotu do pracy. Tam, jej czynnościami nie steruje ten mały człowieczek. Tam ona wydaje polecenia i ma kontrolę.
Koleżanka, matka niespełna rocznego chłopca, powiedziała mi ostatnio, że cieszy się z powrotu do pracy. Tam, jej czynnościami nie steruje ten mały człowieczek. Tam ona wydaje polecenia i ma kontrolę.
Subskrybuj:
Posty (Atom)