niedziela, 21 listopada 2010

Film i bezsenność cd.

Byliśmy wczoraj na bardzo dobrym filmie. "Hej, Skarbie". Przez niego nie mogłam wczoraj w nocy zasnąć - cały czas przed oczami przewijały mi się sceny, kuliłam się w sobie, chciało mi się płakać. Mocny, bardzo mocny obraz, nieschematyczny, tak przesycony brudem, złem i brzydotą, a jednocześnie optymistyczny, gloryfikujący człowieczeństwo, wolę. Dzięki temu ani razu nie poczułam litości wobec głównej bohaterki - wykorzystywanej seksualnie przez ojca, molestowanej psychicznie i fizycznie przez matkę - współczułam jej, kibicowałam, ale, na szczęście, nie czułam litości.
Nie pomogło mi wypite przed snem czerwone wino i tort kajmakowy, który upiekłam przed wyjściem. Sen nie chciał przyjść.

czwartek, 18 listopada 2010

Smutek, smutek, melancholia.

Długie wieczory. Nagie gałęzie za oknem. Zmęczenie, które nagle obezwładnia. Nie pomaga nawet wymyślanie i gotowanie pysznych potraw.
Nie mogę długo zasnąć. Albo budzę się o piątej rano, wciąż zmęczona. A gdy już śpię, śnią mi się koszmary.

A teraz jeszcze poddenerwowanie. Niepokój.

niedziela, 7 listopada 2010

weekendowy poranek, vol.2

Z łazienki dobiegają ryki komentatora meczu i przekleństwa mojego Męża - Polki przegrywają z Rosjankami w siatkę. Ja półleżę w łóżku i czytam Nabokova "Ada albo żar". Jak to zwykle bywa z opasłymi tomiskami, w tę lekturę trzeba było się wgryźć. Przez pierwsze 80 stron nie mogłam się połapać o co chodzi, nie poddałam się jeszcze rytmowi tej prozy, by po mniej więcej 90 już przekroczyć tę granicę i z radością przewracać kolejne kartki. Na każdej stronie odkrywam jakiś klejnot - słowa ożywają w obrazy przesycone kolorem, nastrojem, znaczeniem. Tę radość czytania Nabokova zapowiedziała mi już wiele lat temu, od pierwszego akapitu, malutka książeczka "Tamte brzegi". Nawet jeśli wówczas nie byłam w stanie jej zrozumieć, to w napięciu pochłaniałam kolejne strony. Potem długo, długo nic. Tylko "Lolita" w wersji angielskiej.
Czasami pewne lektury sprawiają przyjemność samym swoim rytmem. Satysfakcja, którą teraz odczuwam jest podobna do tej, która towarzyszyła mi przy lekturze "Baltazara i Blimundy" Jose Saramago.
Mąż dalej piekli się w łazience, więc wstaję i proponuję mu kawę. Reaguje entuzjastycznie. To jest nasz mały weekendowy rytuał - zaparzenie kawy wymaga szeregu drobnych czynności: wyciągam  więc kawę w ziarnach z lodówki a z szyflady pod ekspresem stary młynek, którego jeszcze w PRL-u używała moja mama; mielę kawę, potem łyżeczką przekładam aromatyczny proszek do sitka ekspresu, na koniec napełniam zbiornik świeżą wodą i wreszcie naciskam guzik. Po chwili do ulubionej filiżanki Męża spływa brunatny płyn. Odkrawam kawałek ciasta cynamonowo-kawowego, kładę na talerzyku, na którym wysrysowałam malinowym sosem skomplikowane esy-floresy i niosę to wszystko do łazienki. Na złagodzenie obyczajów.
Sama wracam do łóżka.

sobota, 6 listopada 2010

pada. miało padać dopiero jutro.
Obudziłam się dopiero o 9.00. Spałam 10 godzin. Nie pamiętam kiedy ostatni raz tak długo spałam.
Chciałam dziś iść na spacer po Polach Mokotowskich - wiatr, moje spodnie dresowe i ja. Ale deszcz pokrzyżował mi plany.
W domu powoli dochodzimy do ładu z zamętem po-weselnym, po-wakacyjnym... Powoli. Jeszcze tu i ówdzie pałętają się kartki z życzeniami, prezenty, które nie znalazły swojego miejsca... Pora letnie ubrania znieść do piwnicy, a z piwnicy przynieść zimowe płaszcze, kurtki, swetry...
Powoli (również powoli) dopijam poranną kawę w łóżku. Mąż zapraszał do wanny, w której, jak co sobota, czyta gazety, przegląda internet. Trzeba wstać.

wtorek, 2 listopada 2010

To była długa przerwa.

Już jest jesień. I jest dobrze. Jesienią zawsze dzieją się dobre rzeczy. Wraz z nadejściem listopada wstępuje we mnie nowa energia… Gdy wcześniej zapada zmrok i inni najchętniej zapadliby w zimową drzemkę, ja zaczynam odczuwać przedziwne ożywienie, jakby nagle wyostrzały mi się zmysły.
Mam wiele osobistych powodów, aby lubić tę porę. Np. moje urodziny. Czasami 22 listopada padał już śnieg i było magicznie. Wszystkie moje ważne związki zaczynały się jesienią lub zimą. Rok temu (rok i jeden dzień) P. oświadczył mi się, a oświadczyny zostały przyjęte. 25 września 2010 powiedzieliśmy sobie „tak”. Wczoraj urodził się Igorek – syn naszych przyjaciół, Anetki i Łukaszka.
Za nami szaleńczo pracowite lato. Przygotowania do ślubu, remont pewnego mieszkania, no i regularne obowiązki zawodowe. Nie wiem, jak nam się to wszystko udało. Na nogach trzymała nas tylko przedślubna adrenalina. Potem pojechaliśmy w podróż do USA. Odpoczynek polegał na tym, że w ciągu dwóch tygodni i dwóch dni (z czego 5 spędziliśmy w NY) zrobiliśmy 3500 mil. Z Nowego Jorku pojechaliśmy wynajętym samochodem na Florydę zahaczając po drodze o kilka interesujących miejsc. Ciągle w drodze, zajęci obmyślaniem trasy, szukaniem sensownych knajp, planowaniem noclegu, uwalnialiśmy swoje myśli od tego, co zostało w domu, w pracy. I udało nam się naprawdę odpocząć.
A teraz jesteśmy już z powrotem w domu, w Warszawie… I zaczynamy się zastanawiać, co zrobić z wolnym czasem. W zeszłym tygodniu np. P. poszedł na koncert w środku tygodnia, a ja do kina… A w sobotę poszliśmy razem do kina. Czytamy dużo książek. W międzyczasie (dziwnym zbiegiem okoliczności dzień po mistrzostwach!!!) zepsuł nam się projektor i już nie możemy oglądać telewizji. Mamy więc jeszcze więcej czasu. I tak jest dobrze.
(Gdy piszę te słowa odczuwam dziwny, wręcz zabobonny lęk, jakbym mogła zwerbalizowaniem zniszczyć ten fajny stan. Ale z drugiej strony chcę mieć odwagę powiedzieć, że jest dobrze – przyznać, że coś wychodzi, a jednocześnie ustawiać sobie wyżej poprzeczkę. A właśnie – zabobon. W zeszłym tygodniu miałam stłuczkę – poważniejszą, bo brało w niej udział 5 samochodów. Na szczęście nikomu nic się nie stało. Dzień wcześniej wysłałam ludziom z którymi współpracuję informację o zmianie nazwiska i dwa zdjęcia ze ślubu. Koleżanka z Rosji, gdy dowiedziała się o wypadku, napisała natychmiast – Nie pokazuj swoich zdjęć ludziom. Ktoś był zazdrosny.)


poniedziałek, 15 lutego 2010

mniej

Już dawno straciłam panowanie nad tym, co mam: w szafkach kuchennych, w szafie, na półkach z kosmetykami… Coraz częściej łapałam się na tym, że reaguję zdziwieniem na ich zawartość („o, faktycznie, mam taką bluzkę”; „to w domu były orzechy…? I dwie torebki pieprzu…?”). Jedyną domeną w jakiej mam jako taką orientację jest twardy dysk w komputerze. Odkryłam również, że kupowanie działa na mnie kojąco. Czułam, że zaspokajam jakąś swoją potrzebę – testowania, bycia na czasie, dbania o siebie. Podświadomość, na pytanie „po co?” odpowiadała: „jesteś tego warta”. I kolejny krem do stóp lądował w koszyku, a następnie w łazienkowej szufladzie, a ja nie wieczorem i tak zapominałam go użyć. To samo z jedzeniem. Między sklepowymi półkami miałam mnóstwo pomysłów jak wykorzystać jakiś składnik, tylko że potem i tak brakowało mi śmietany / cebuli / cukru pudru / czasu, żeby to danie przyrządzić, a co najmniej jedna czwarta zawartości lodówki kończyła w koszu.



Postanowiłam to zmienić. Postanowiłam kupować mniej. Planować. A najpierw: wykorzystać to, co mam w lodówce i szafkach. Zużyć wszystkie próbki kosmetyków, ponapoczynane tubki, o ile ich data ważności już nie minęła. Krytycznie przyjrzeć się zawartości swojej szafy, poszukać nowych zestawień.


Przez najbliższy tydzień zamierzam nie odwiedzać supermarketu. Jeśli zabraknie mi chleba albo sera, kupię go w małym sklepiku. W szafkach mam kasze, ryż, makaron, ziemniaki, puszki z warzywami, słoiki z przecierami… Skarbiec zamrażarki też jest nieprzebrany: swojska kiełbasa, boczek, piersi drobiowe, mięso mielone, żeberka, kości na zupę, golonko, mrożone jarzyny. A teraz łamigłówka – jak to wykorzystać, żeby nie trzeba było zbyt wiele dokupować??


Menu na najbliższe dni:
Kotlety mielone w sosie grzybowym z kaszą i ogórkami konserwowymi
Zupa „zimowa” + babeczki z kaszy gryczanej z boczkiem i cebulką prażoną
Risotto z groszkiem i kurczakiem
Canelloni bolonese
Żeberka na ostro z pieczonymi ziemniakami


Ok. mam obiady na cały tydzień… A i tak wykorzystam tylko znikomą część zapasów…


9.02.2010

Książki poustawiać na półkach. Upiec ciasto. Zrobić pranie ręczne. Porządek w torebce.
Potrzeba porządku, oswojenia przestrzeni i zaprowadzenia ładu.
Próbuję odszukać w sobie ten nastrój skupienia i poczucie, że za chwilę wydarzy się coś naprawdę ważnego.

10.02.2010

Podwójne espresso z zagęszczonym mlekiem o poranku. Ślad szminki na kubku marimekko.
Perfumy, których dawno nie używałam.