środa, 10 sierpnia 2011

a było tak...



To zdjęcie udało mi się zrobić tylko dlatego, że nastąpiła chwilowa przerwa w deszczu i mogłam wyciągnąć aparat. Widać na nim zejście z Połoniny Caryńskiej. Połonina jest naprawdę piękna, ale P. twierdzi, że choć był tam wiele razy, to tylko raz nie padało... Szliśmy więc w ścianie deszczu. Jedynym elementem mojej garderoby, który nie przemókł, była kurtka z gore texu. Buty trzymały się do pewnego momentu, ale potem zaczęły nabierać wody i od połowy trasy z każdym krokiem czułam jakbym stąpała po nasączonej gąbce. Ale i tak byłam w niezłej sytuacji. Miałam podeszwy :) Zasłużone buty górskie P. odmówiły posłuszeństwa jeszcze w drodze na górę. Najpierw zaczęła odchodzić podeszwa z prawego. Próbowaliśmy ją reanimować - wyciągnęłam sznurek ze spodni i obwiązaliśmy buta. Niestety, na niewiele się to zdało. Podeszwę trzeba było oderwać. Potem zaczęła odchodzić lewa. Buty już po zejściu wyglądały tak:

Schodzenie bez podeszwy w takim błocie nie jest łatwe. P. straszył mnie, że jeśli odleci mu druga, będę go musiała znieść... Ha ha ha...
Udało mi się przejechać na linie nad Jeziorem Solińskim. Uczucie fajne. Najtrudniejszy jest pierwszy krok, kiedy trzeba zejść z platformy w przepaść. Wiedziałam, że podtrzymuje mnie lina, ale irracjonalny strach był silniejszy. Chwilę to trwało, zanim przesunęłam się o te kilkadziesiąt centymetrów.

A ponieważ padało i buty górskie P. trafiły do kosza w Ustrzykach Górnych, zaś moje jakoś nie chciały doschnąć, bardzo chętne spędzałam czas w taki oto sposób...

piątek, 22 lipca 2011

Jakiś czas temu zobaczyłam to zdjęcie i natychmiast wysłałam maila do P. - chcę tam jechać.
I jedziemy. Jutro. Biorę tydzień urlopu, niespodziewanie, ale zasłużenie :) Już jesteśmy prawie spakowani, jak zwykle wszystko załatwiamy w biegu i trochę na ostatnią chwilę, ale chyba tak już musi być.
Ostatni tydzień dopiero się rozpoczął, a już się kończy. Tak, lubię takie tempo, ale też dobrze będzie odpocząć. Potrzebuję tego.

wtorek, 19 lipca 2011

okienko wizowe

Byłam dziś w ambasadzie załatwić sobie wizę do Stanów. Niby formalność - mam nadal ważną wizę, z tym że na inne nazwisko i w starym paszporcie. Poza tym, jadę służbowo. Niemniej jednak sytuacja, kiedy ktoś nas zaczyna odpytywać, nie bardzo wiadomo, o co zapyta i dlaczego, jest niezbyt komfortowa. Ponieważ czekałam godzinę na swoją kolej, a przede mną było jakieś 40 osób, miałam więc okazję poprzyglądać się różnym reakcjom i zachowaniom. Radość, ulga, niedowierzanie, że się wizę dostało. Spokój, obojętność, znużenie. Rozgoryczenie i oburzenie, gdy wniosek został odrzucony.
Tak się składa, że czytam teraz "Wyspę klucz" Małgorzaty Szejnert o historii Ellis Island. Selekcja odbywa się od dawna. Teraz tylko przesunęło się jej terytorium. Teraz nie trzeba płynąć dwa tygodnie statkiem, aby od urzędnika imigracyjnego usłyszeć: "I am sorry but you don't qualify".
Mój straszny sentymentalizm sprawia, że czuję smutek, gdy pomyślę o wszystkich tych, których marzenia i nadzieje legły w gruzach, gdy kazano im z powrotem wsiąść na statek i odbyć podróż do kraju, z którego chcieli uciec. Czasem w ten sposób rozdzielano rodziny. Dzieci wpuszczano, a jednego z rodziców, którego podejrzewano o chorobę - fizyczną lub psychiczną - zatrzymywano na obserwacji. Jeśli diagnoza potwierdzała się i nie było szans na wyleczenie, osoba ta musiała wracać. Reszta rodziny zostawała. Z szansą na lepsze życie.
Chyba nie mogłabym być konsulem. Mogłabym mieć problem z oddzieleniem tego, co dobre dla człowieka, od tego, co dobre dla państwa. A może raczej nie z oddzieleniem, a z zadecydowaniem, które dobro jest w danej sytuacji ważniejsze.

wtorek, 12 lipca 2011

...

W piątek wieczorem znalazłam kwiatka na stoliku przy łóżku. Dzięki, Mąż! :) Nie wiem, czemu, ale ten cieszył bardziej niż pozostałe, które znalazły się na stole w kuchni...

środa, 6 lipca 2011

Zagubiony telefon, brzydka pogoda i katastroficzny film…

Miałam ciężki początek tygodnia.

A więc – poniedziałek. Pogoda jesienna i barowa – zimno, mokro, niskie ciśnienie. Nastrój wisielczy za sprawą sprzeczki z mężem.

Takie jest tło.

Wychodzę w deszczowy świat. Na ulicach – jak zawsze przy takiej pogodzie – korki. Spóźniam się na niemiecki. Ale to już standard. Poniedziałek, 8 rano, lekcja niemieckiego – kto by się nie spóźnił…? Senność i problem z koncentracją. Podkradł się do mnie ból głowy, którego nie odpędziła nawet kawa wypita już podczas zebrania. Kawa i dwa serniczki – próba poprawy nastroju… Ciśnienie podnosi mi się dopiero, gdy sama muszę wyjść na środek i wygłosić prezentację: plany w mojej działce na przyszły rok. Głowa zaczyna pracować. Jest nieźle – pojawiają się pytania z sali. Ożywiam się. Poza tym, że czuję, jak zaczyna mi brakować tchu. W pomieszczeniu jest tak duszno, że po 30 minutach czuję się jakbym gadała przez dwa dni.

Wieczorem postanawiam wybrać się na Melancholię von Triera. Wielokrotnie zmieniam plany co do sposobu dostania się do kina: tramwaj i spacer czy samochód? Przejść się czy wygodnie dojechać, ale szukać miejsca do zaparkowania? W końcu wybieram pierwszą opcję. Oddycham głęboko idąc ulicą. W kinie kupuję sobie Fantę. Jestem głodna i chciałabym zjeść kanapkę ze śniadania, którą mam w torebce, ale trochę się wstydzę, bo wokół siedzą ludzie, a ja co – wyjmę ze sreberka bułę z szynką i ogórkiem małosolnym?? Tuż przed rozpoczęciem filmu orientuję się, że nie mam służbowego telefonu. Dziwne, bo powinien być w torebce. Całe zwiastuny spędzam na wyjmowaniu z niej wszystkich rzeczy i grzebaniu w jej nieprzepastnym, ale wszyscy by się zdziwili jak pojemnym wnętrzu, wypełnionym przedmiotami, o których przydatności tylko ja mogę zaświadczyć (albo i nie, ale one i tak tam są…). Gdy zaczyna się film – odpuszczam.

Film jest dziwny. Trochę niepokojący. Nie wiem do jakiego gatunku można by go zaliczyć. Przypomina mi Personę Bergmana. Tyle że kiedyś nie byłam w stanie obejrzeć Persony do końca (ciekawe, jak bym poradziła sobie z nim teraz?), a Melancholię oglądam z… zaciekawieniem i przyjemnością. Chociaż świat, jaki jest tam przedstawiony jest bardzo smutny. To świat samotnych, nierozumiejących się nawzajem i niebędących w stanie do siebie dotrzeć ludzi, zanurzonych we własnych traumach i koszmarach. Ale jest w nim coś bardzo prawdziwego (mimo teatralnego sztafażu) i hipnotycznego. Zmusił mnie, aby po raz kolejny zadać sobie pytanie, jak przyjmę własną śmierć. Z pokorą i ulgą czy z protestem? Im dłużej myślę o tym filmie, tym bardziej mi się podoba.

Po kinie przeszukałam dom i samochód w poszukiwaniu telefonu. Bezskutecznie. Na dodatek mój prywatny telefon był tego dnia przeniesiony do innego operatora i jeszcze nie zdążyłam kupić komórki bez simlocka. Poczułam się jak w głębokich latach 90. – bez możliwości natychmiastowego kontaktu ze światem. Martwiło mnie jednak coś innego: po pierwsze P. mógł dzwonić i się denerwować, że coś mi się stało; po drugie, telefon mógł być skradziony i ktoś właśnie mógł nabijać niebotyczne wysokie rachunki. Istniała możliwość, że telefon zostawiłam w pracy i to właśnie postanowiłam sprawdzić. O 23.30. Strażnicy powitali mnie ze zdziwieniem, ale i zrozumieniem. Gdy wreszcie po sforsowaniu rozlicznych zamków tradycyjnych i magnetycznych znalazłam się w pokoju, okazało się, niestety, że telefonu nie ma… Wykorzystałam więc telefon stacjonarny, żeby zablokować swój numer i powiadomić P., że na razie się do mnie nie dodzwoni. W domu byłam po północy. Starczyło mi jeszcze siły, żeby zmyć czerwony lakier z paznokci i przeczytać kilka stron książki.

PS Następnego dnia rano, biorąc efektownie ostry zakręt przy parkowaniu poczułam, że coś się zatłukło pomiędzy siedzeniem a podłokietnikiem. Był to mój telefon…

niedziela, 12 czerwca 2011

idealne zwieńczenie dnia

Weekend bardzo aktywny towarzysko. W piątek wieczór panieński Karoliny, w sobotę ślub (+ chrzciny), a dziś – piknik poprawinowy w Parku Skaryszewskim. Dojadaliśmy resztki jedzenia z wesela, same pyszności od Kręglickich i popijaliśmy chilijskie wino leżąc na kocykach. Wokół biegały dzieci, goniąc psy, które goniły piłki. Ktoś robił zdjęcia, ktoś jeździł na rowerze. Przymknęłam oczy, słońce łagodnie grzało mi twarz. Było idealnie. Idealny moment to taki, w którym nie myślę o tym, co będzie jutro, nie skupiam się na nadchodzącym. Przypomniał mi się klimat wakacyjnych przed-wieczorów z dzieciństwa. Po  powrocie do domu miałam ochotę obejrzeć dobranockę albo włoski serial nadawany po „Dzienniku”. Ech… Byłoby to naprawdę idealne zwieńczenie dnia. Z tym że, gdy wróciliśmy było już po dobranocce, a tak w ogóle to nie mamy telewizora.
Zamiast tego zrobiłam więc truskawki z bitą śmietaną i pokruszonymi ciasteczkami digestive. Zamiast tortu urodzinowego dla Męża. Wszystkiego najlepszego, Kochanie...

niedziela, 5 czerwca 2011

OK. Była krótka przerwa od bloga. Widocznie nic ciekawego się nie działo albo nie miałam nic do powiedzenia na temat tego, co się dzieje. Po świętach próbowałam napisać post o Rosji, ale się nie udało - najpierw odkładałam, a potem naprawdę nie miałam czasu. W pracy było dużo pracy... Teraz trochę spokojniej. Tylko trochę.
Fala upałów sprawia, że czuję się, jakby już były wakacje. Popołudniami nawet czasem uskuteczniam dolce far niente. Przemek kupił na balkon meble - 2 fotele i stolik. O dziwo zmieściły się na tej mikroskopijnej przestrzeni. Wczoraj zjedliśmy tam obiadokolację.
Nasz duży pokój opustoszał. Pewnej nocy Przemka obudził huk. W pierwszej chwili pomyślał, że ktoś się do nas włamuje, jednak po sprawdzeniu sąsiedniego pokoju okazało się, że pękł nasz szklany stolik. Dobrze, że nie spadł nikomu na nogę. Nigdy więcej szklanych stolików! Może był to wyraźny sygnał dla nas, że trzeba wreszcie zrobić długo planowany remont... Szkoda tylko, że pani architekt nie odpowiada na telefony.
Bardzo chciałabym coś zrobić, ale nie bardzo wiem, w którą stronę skierować swoją energię. Dziwne uczucie. Wyczekiwanie. Na przełom. Impuls. Może być tak, że nic takiego nie nastąpi, a decyzja powinna wyjść ode mnie.