...i czuję to w nogach. Łażę aż kompletnie brakuje mi sił. Łażę i się napawam. Chociaż dziś z tym napawaniem się było znacznie gorzej. Myślałam, że będzie mi mało każdej chwili, a tu się okazuje, że nie. Tęsknię za P. Ten cały Niu Jork jest bez sensu, kiedy nie ma go ze mną.
Wydaje mi się, że moja podróż trwa już z tydzień, a zaczęła się dopiero przedwczoraj. Musiałam wstać o 5 rano, po kilku godzinach snu. Po raz kolejny potwierdziło się, że niewyspana jestem do niczego. NaJpierw pomyliłam gate'y na Okęciu. Obok siebie stały 2 samoloty - obydwa na Heathrow, ale jeden LOT-u, drugi BA. Ustawiłam się w niewłaściwej kolejce i dopiero jakiś przytomny Hindus zwrócił mi uwagę, widząc moją kartę pokładową, że powinnam przejść obok. Udało mi się dostać do odpowiedniego samolotu i dolecieć. Na Heathrow miałam 4 godziny do następnego lotu. Zaczęłam od mocnej kawy. Usiadłam z książką i czekałam aż podadzą numer gate'u. Nie chciało mi się tłoczyć tuż przed wejściem do samolotu, więc odczekałam prawie do ostatniej chwili. Potem zerknęłam na tablicę odlotów i ruszyłam. Pierwsze, co zobaczyłam, to informacja Please allow 15-20 minutes to arrive at the gates. Przesadzają, pomyślałam. Po 10 minutach marszu pomyślałam jednak, że chyba nie. Tym bardziej, że cały ruch w stronę gate'ów został wstrzymany, aby przepuścić ludzi wysiadająchych z samolotu. Po 15 minutach dotarłam. Trochę zaniepokoiło mnie, że samolot ma wymalowane logo Virgin Atlantic, a nie United Airlines, ale grzecznie stanęłam w kolejce. Po chwili jednak odwróciłam się do sąsiada i zapytałam, czy to lot do United Airlines do Nowego Jorku. Tak, to lot do Nowego Jorku, ale Virgin Atlantic, odpowiedział. Podeszłam więc do jakiejś pani pilnującej wejścia i zapytałam o swój lot, po cichu mając nadzieję, że bording, jak na Okęciu, będzie tuż obok. Tymczasem miła pani odesłała mnie do stanowiska informacji, które mijałam jakieś 12 minut temu... Więc wracam. Jeszcze szybszym marszem. Po 10 minutach dopadam wskazane stanowisko. Pani widząc moją kartę pokładową wskazuje kolejną odnogę rozległego terminala, nad którą wisi napis Please allow 15-20 minutes to arrive at the gates...
Zdążyłam, ale nie był to koniec przygód tego dnia.
niedziela, 21 sierpnia 2011
niedziela, 14 sierpnia 2011
Wczoraj w pociągu widziałam kilka kobiet z małymi dziećmi. Odniosłam wrażenie, że nieustannie wyjmują coś z bagażu i wkładają z powrotem – picie, jedzenie, chusteczki, bo się dziecko zapaprało, ubranka na zmianę, książeczkę, zabawkę i znowu picie, jedzenie, chusteczki… Ich torby są wyładowane niezbędnymi rzeczami. Ledwo się dopinają, mieszczą w sobie mały wszechświat potrzebny do oporządzenia i uszczęśliwienia pociech. A gdy tylko dziecko się uśmiechnie, matki całe się rozpromieniają.
Koleżanka, matka niespełna rocznego chłopca, powiedziała mi ostatnio, że cieszy się z powrotu do pracy. Tam, jej czynnościami nie steruje ten mały człowieczek. Tam ona wydaje polecenia i ma kontrolę.
Koleżanka, matka niespełna rocznego chłopca, powiedziała mi ostatnio, że cieszy się z powrotu do pracy. Tam, jej czynnościami nie steruje ten mały człowieczek. Tam ona wydaje polecenia i ma kontrolę.
sobota, 13 sierpnia 2011
człowiek czyta różne rzeczy, mieli te informacje w głowie, przetwarza i czasem bardzo dużo musi przeczytać i przswoić, zanim coś z tego wyniknie - jakaś myśl, impuls, pomysł, który ustawi wszystko we właściwym porządku.
Siedziałam dziś na fotelu u fryzjera i pod wpływem genialnego masażu głowy też odkryłam w sobie kilka genialnych myśli. Ale niestety już ich nie pamiętam. może jednak nie były takie genialne. Było mi jednak bardzo przyjemnie, nawet pomimo tego, że jak zwykle kant umywalki wbijał mi się w kark.
Poza tym spędziłam jakieś 3 h z PKP. Co najmniej o 1,5 za dużo. Na Dworcu Łódź Kaliska w hali nie słychać zapowiedzi, toaleta kosztuje 2,5 zeta i nie ma klimatyzacji. No, naprawdę, poprzewracało mi się tu i ówdzie, że chciałabym szybkiej podróży, przyjemnego chłodu i darmowego sikania.
Siedziałam dziś na fotelu u fryzjera i pod wpływem genialnego masażu głowy też odkryłam w sobie kilka genialnych myśli. Ale niestety już ich nie pamiętam. może jednak nie były takie genialne. Było mi jednak bardzo przyjemnie, nawet pomimo tego, że jak zwykle kant umywalki wbijał mi się w kark.
Poza tym spędziłam jakieś 3 h z PKP. Co najmniej o 1,5 za dużo. Na Dworcu Łódź Kaliska w hali nie słychać zapowiedzi, toaleta kosztuje 2,5 zeta i nie ma klimatyzacji. No, naprawdę, poprzewracało mi się tu i ówdzie, że chciałabym szybkiej podróży, przyjemnego chłodu i darmowego sikania.
środa, 10 sierpnia 2011
a było tak...
To zdjęcie udało mi się zrobić tylko dlatego, że nastąpiła chwilowa przerwa w deszczu i mogłam wyciągnąć aparat. Widać na nim zejście z Połoniny Caryńskiej. Połonina jest naprawdę piękna, ale P. twierdzi, że choć był tam wiele razy, to tylko raz nie padało... Szliśmy więc w ścianie deszczu. Jedynym elementem mojej garderoby, który nie przemókł, była kurtka z gore texu. Buty trzymały się do pewnego momentu, ale potem zaczęły nabierać wody i od połowy trasy z każdym krokiem czułam jakbym stąpała po nasączonej gąbce. Ale i tak byłam w niezłej sytuacji. Miałam podeszwy :) Zasłużone buty górskie P. odmówiły posłuszeństwa jeszcze w drodze na górę. Najpierw zaczęła odchodzić podeszwa z prawego. Próbowaliśmy ją reanimować - wyciągnęłam sznurek ze spodni i obwiązaliśmy buta. Niestety, na niewiele się to zdało. Podeszwę trzeba było oderwać. Potem zaczęła odchodzić lewa. Buty już po zejściu wyglądały tak:
Schodzenie bez podeszwy w takim błocie nie jest łatwe. P. straszył mnie, że jeśli odleci mu druga, będę go musiała znieść... Ha ha ha...
Udało mi się przejechać na linie nad Jeziorem Solińskim. Uczucie fajne. Najtrudniejszy jest pierwszy krok, kiedy trzeba zejść z platformy w przepaść. Wiedziałam, że podtrzymuje mnie lina, ale irracjonalny strach był silniejszy. Chwilę to trwało, zanim przesunęłam się o te kilkadziesiąt centymetrów.
A ponieważ padało i buty górskie P. trafiły do kosza w Ustrzykach Górnych, zaś moje jakoś nie chciały doschnąć, bardzo chętne spędzałam czas w taki oto sposób...
piątek, 22 lipca 2011
Jakiś czas temu zobaczyłam to zdjęcie i natychmiast wysłałam maila do P. - chcę tam jechać.
I jedziemy. Jutro. Biorę tydzień urlopu, niespodziewanie, ale zasłużenie :) Już jesteśmy prawie spakowani, jak zwykle wszystko załatwiamy w biegu i trochę na ostatnią chwilę, ale chyba tak już musi być.
Ostatni tydzień dopiero się rozpoczął, a już się kończy. Tak, lubię takie tempo, ale też dobrze będzie odpocząć. Potrzebuję tego.
I jedziemy. Jutro. Biorę tydzień urlopu, niespodziewanie, ale zasłużenie :) Już jesteśmy prawie spakowani, jak zwykle wszystko załatwiamy w biegu i trochę na ostatnią chwilę, ale chyba tak już musi być.
Ostatni tydzień dopiero się rozpoczął, a już się kończy. Tak, lubię takie tempo, ale też dobrze będzie odpocząć. Potrzebuję tego.
wtorek, 19 lipca 2011
okienko wizowe
Byłam dziś w ambasadzie załatwić sobie wizę do Stanów. Niby formalność - mam nadal ważną wizę, z tym że na inne nazwisko i w starym paszporcie. Poza tym, jadę służbowo. Niemniej jednak sytuacja, kiedy ktoś nas zaczyna odpytywać, nie bardzo wiadomo, o co zapyta i dlaczego, jest niezbyt komfortowa. Ponieważ czekałam godzinę na swoją kolej, a przede mną było jakieś 40 osób, miałam więc okazję poprzyglądać się różnym reakcjom i zachowaniom. Radość, ulga, niedowierzanie, że się wizę dostało. Spokój, obojętność, znużenie. Rozgoryczenie i oburzenie, gdy wniosek został odrzucony.
Tak się składa, że czytam teraz "Wyspę klucz" Małgorzaty Szejnert o historii Ellis Island. Selekcja odbywa się od dawna. Teraz tylko przesunęło się jej terytorium. Teraz nie trzeba płynąć dwa tygodnie statkiem, aby od urzędnika imigracyjnego usłyszeć: "I am sorry but you don't qualify".
Mój straszny sentymentalizm sprawia, że czuję smutek, gdy pomyślę o wszystkich tych, których marzenia i nadzieje legły w gruzach, gdy kazano im z powrotem wsiąść na statek i odbyć podróż do kraju, z którego chcieli uciec. Czasem w ten sposób rozdzielano rodziny. Dzieci wpuszczano, a jednego z rodziców, którego podejrzewano o chorobę - fizyczną lub psychiczną - zatrzymywano na obserwacji. Jeśli diagnoza potwierdzała się i nie było szans na wyleczenie, osoba ta musiała wracać. Reszta rodziny zostawała. Z szansą na lepsze życie.
Chyba nie mogłabym być konsulem. Mogłabym mieć problem z oddzieleniem tego, co dobre dla człowieka, od tego, co dobre dla państwa. A może raczej nie z oddzieleniem, a z zadecydowaniem, które dobro jest w danej sytuacji ważniejsze.
Tak się składa, że czytam teraz "Wyspę klucz" Małgorzaty Szejnert o historii Ellis Island. Selekcja odbywa się od dawna. Teraz tylko przesunęło się jej terytorium. Teraz nie trzeba płynąć dwa tygodnie statkiem, aby od urzędnika imigracyjnego usłyszeć: "I am sorry but you don't qualify".
Mój straszny sentymentalizm sprawia, że czuję smutek, gdy pomyślę o wszystkich tych, których marzenia i nadzieje legły w gruzach, gdy kazano im z powrotem wsiąść na statek i odbyć podróż do kraju, z którego chcieli uciec. Czasem w ten sposób rozdzielano rodziny. Dzieci wpuszczano, a jednego z rodziców, którego podejrzewano o chorobę - fizyczną lub psychiczną - zatrzymywano na obserwacji. Jeśli diagnoza potwierdzała się i nie było szans na wyleczenie, osoba ta musiała wracać. Reszta rodziny zostawała. Z szansą na lepsze życie.
Chyba nie mogłabym być konsulem. Mogłabym mieć problem z oddzieleniem tego, co dobre dla człowieka, od tego, co dobre dla państwa. A może raczej nie z oddzieleniem, a z zadecydowaniem, które dobro jest w danej sytuacji ważniejsze.
wtorek, 12 lipca 2011
...
W piątek wieczorem znalazłam kwiatka na stoliku przy łóżku. Dzięki, Mąż! :) Nie wiem, czemu, ale ten cieszył bardziej niż pozostałe, które znalazły się na stole w kuchni...
Subskrybuj:
Posty (Atom)




